Jak przełożyć, żeby się nie wyłożyć

Autor: Bogumił Lukaj, dodano: 30-01-2005
Kategoria: Publicystyka

Internet to wspaniałe medium, oferujące nowe możliwości przekazu, integrujące rewolucyjne rozwiązania multimedialne, skupiający wirtualne społeczności i odmieniające oblicze współczesnego świata.

Jeszcze chwila i usłyszymy o nowej bogini Skype powitej ze strumienia danych, albo mitycznym przewoźniku na drugą stronę serwera, gdy tymczasem sieć przypomina globalną wioskę pełną "buraków ćwików", gdzie każdy ma coś do powiedzenia, tylko nie bardzo wiadomo co. Jakkolwiek wyzbyci z huraoptymizmu, musimy przyznać, że Internet jest jednak pożyteczny. A nuż jakiś Eskimos w futrzanej parce próbuje dostać się na naszą stronę i zamówić wczasy agroturystyczne w Rabce. Musimy być przygotowani na taką ewentualność i jak przystało na ludzi, którzy przez osiem lat uczyli się gdzie siedzi "o" w "tomorrow", i którzy z gracją turkoczącej betoniarki maltretują: "therefore", "thereafter" oraz "then" i "thus", powinniśmy zakasać rękawy (ewentualnie nogawki) i zabrać się za tłumaczenie.

Wbrew temu, co powiedział Voltaire, przekład jest jak brzydka kobieta bez oka, która procesuje się z pasją o alimenty. Tłumaczenie to walka z czasem, nieustanne pragnienie, żeby zarobić na "dżemik", a przy tym za bardzo się nie skompromitować. Więc jeśli trzymać się kursującej mocno metafory mówiącej, że przekład jest jak kobieta - "porzućcie wszelką nadzieję" Wy, którzy z nią chodzicie…

Na początek, zerwijmy z mitem tekstów technicznych. To prawda, zdarza się, że architekt pisze w sposób wzbudzający uzasadniony niepokój o to, czy mieści się w normie intelektualnej, ale to wina specyficznego podejścia do kształcenia oraz ludzi, którzy temu procesowi przyświecali swoją misją i wizją. Polacy kochają dychotomię: ścisłe, luźne, literackie, nieliterackie, Dempsey i Makepeace, zapomnijcie o tym. Takie podejście wywołuje nieuzasadnione frustracje - podczas gdy nam wypada skupić się jedynie na tych uzasadnionych, związanych z koniecznością przerobienia kilkudziesięciu stron na obcy język. I tutaj dotykamy sedna - dla kogo i za przeproszeniem, po co, ma być dla kogokolwiek obcy?

"Obcość tekstu" wywołuje nasza niewystarczająca kompetencja językowa. Nie chodzi tu tylko o naszą mierną znajomość angielskiego. Jeśli tekst z którego tłumaczymy okaże się śliski stylistycznie, nawet najlepszy tłumacz nie pomoże. Weźmy na przykład stronę o przezabawnej nazwie: "MENIS", abstrahując (sic!) od nazwy, znajdziemy tam informację o pewnym dżentelmenie, który był: "represjonowany poprzez przymusową pracę w szkole, co później stało się jego pasją" (ang. "he was `repressed` with an order to work at school, which proved later to be his passion."). Tłumacz zrobił co mógł, ale najpierw powinien zastrzelić autora. Więc po pierwsze: unikajmy podobnych wykluczających się stwierdzeń (represjonowany - ale to lubił), oraz zdań typu: "Biurko dla damy z grubymi nogami i wielką szufladą.".

Wreszcie, przyjrzyjmy się bliżej lokalizmom. Obcokrajowcy odwiedzający skądinąd śliczną witrynę AGH dowiadują się, że mają "follow ul. Szewska", a później "turn left into Al. Mickiewicza". Jeszcze trochę, a każą nam "follow the biały królik!". Respektując troskę o to, czy aby przyjezdna osoba się nie zgubi, mimo wszystko warto by zaznaczyć, że chodzi o ulicę lub aleję. W przypadku placu, czy skweru niewykluczone, że obcokrajowiec traciłby czas na poszukiwaniu ulicy. Poza tym, warto uświadomić górniko-hutników, że Main Square (Rynek Główny) jako nazwa własna pisze się z wielkiej litery. Nie należy również reagować na zachęty do kolekcjonowania numerów autobusów: "Alternatively, you can take bus number 179, 501", zamiast tego, lepiej od razu ratować się przedimkiem określonym. To wystarczy.

Kompetencja językowa to coś bardzo ulotnego, w jakimś sensie można ją określić jako subiektywne odczucie informujące nas co jest poprawne w danym języku, a co nie. Im wyższy jest jej poziom, tym mniej popełnimy potknięć stylistycznych, i tak: "introducing information technology" zamiast "computerization of ...". Zamiast "one of the main opinion-givers of the largest computer undertaking", lepiej użyć słowa "advisor", jak na przykład: "financial advisor". Ale doradca równie dobrze może przybrać formę "investment analyst" (doradca inwestycyjny), "legal advisor" (radca prawny), "insurance broker" (doradca ubezpieczeniowy), czy wreszcie "management konsultant" (doradca przedsiębiorstwa). Czyli jedno słowo "doradca" może przybrać formę "advisor, counselor, aide, analyst, broker, consultant". Do tego dochodzą jeszcze idiomy, związki frazeologiczne i często używane zwroty, na przykład: "one is blinded by anger/haste" czyli: gniew/pośpiech jest złym doradcą.

Dochodzimy tutaj do kluczowej sprawy, czyli do roli jaką w naszej pracy odgrywa słownik. Na wstępie, zapomnijcie o słownikach za dziesięć złotych (wszyscy wiemy w jakim kolorze i z czym na okładce). Zapomnijcie również o nieco większych słownikach, wyjątkiem w swojej klasie jest Oxford Wordpower, który jak na słownik swoich rozmiarów okazuje się nadzwyczaj poręczny i zawiera trafne definicje. Nie mam żadnego interesu w reklamowaniu tego słownika, ale jest on świetny w klasie tych "ekonomicznych" i rzadko zdarza się, żeby na "Żytniej" nie nosili go w plecaku. Posiadając taki słownik nie przetłumaczycie "stołka" jako "taboretu", "szafy w ścianie" jako "klozetu", a metody "drag and drop" jako "zadzierzgnąć i zrzucić".

Taki słownik zaoszczędzi Wam wielu problemów. Na stornie producenta kawy typu "trzy w jednym" czytamy: "you may prepare a cup of aromatic and stimulant drink.", dobry słownik poinformuje nas, że nie mamy do czynienia z RedBullem, ani żadnymi anabolikami, tylko z kawą, która delikatnie "pobudza". Być może warto zastanowić się, czy nie użyć słowa "refreshing", "energizing", "stimulating". O ile skromny słowniczek nauczy nas, że "Caprio" nie jest "Grand juice for small price", jak informuje producent, tylko "great tasting juice at the best price/an attractive price". "Maspex" będzie musiał się nauczyć, że "makaron domowy" to nie "household pasta", tylko "homemade style egg pasta", że LaFesta nie jest budzącą skojarzenia "pleasure proposition for the morning" tylko "a nice start of a day", na przykład. Wreszcie, zostając przy tematyce spożywczej, "top quality cappuccino" z jednej strony jest OK., ale właściciele grubszych słowników przetłumaczyliby wysokiej jakości kawę jako "best quality coffee", jak zrobił to producent Tchibo: "Tchibo's goal is to offer its Customers the best quality coffee". Dobre słowniki zawierają również informację, odnośnie ładunku emocjonalnego, które dane słowo posiada. I tak, aż strach pomyśleć jak można by przetłumaczyć fragmenty z bajek Andersena, czy braci Grimm: "cały świat się radował", albo "każdy radował się niezmiernie" ("All the world went gay", "everyone was uncommonly gay").

Oczywiście, najlepszy słownik nie pomoże, jeśli tłumaczycie coś, na czym się nie znacie. Pokażę Wam pewną sztuczkę, dzięki której da się obejść własne "ograniczenia", ale jej powodzenie zależy od Waszej własnej kompetencji językowej. Wyobraźcie sobie, że gość kompletnie lewy do wszystkiego, co wiąże się z mechaniką dostaje do przetłumaczenia: "krzywkę harmoniczną na wale rozrządu silnika czterosuwowego" (harmonic cam of a four-stroke engine camshaft), albo ktoś kto nie umie gotować dostaje "gruszkę po słowińsku na kołderce ryżowo-bakaliowej w polewie czekoladowej" (Slowinski-style pear on the bed of rice and dried fruits covered with chocolate). Istnieją dwie alternatywy: harakiri, albo Google. Sztuczka polega na tym, że nasze przypuszczenia odnośnie poprawnej wersji wpisujemy w okienko wyszukiwarki (pamiętając o cudzysłowach) i sprawdzamy ile znaleziono rezultatów. Jeśli znaleziono dwa, nie możemy mieć pewności, czy użyliśmy właściwego wyrażenia. W przypadku poszukiwania frazy "pijany w cztery trąbki" wpisujemy "drunk as a" i już. Dowiemy się, że poszukiwanym określeniem jest "drunk as a skunks/lord/newt". Im bardziej skomplikowane wyrażenie tłumaczymy i im dłuższą frazę próbujemy znaleźć, tym bardziej opisana metoda jest zawodna. W takim wypadku, aby uniknąć błędnego przetłumaczenia zespołu zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych (obsessive-compulsive disorder) jako "obsesyjnie spontanicznego chaosu" (Funkcjonalność stron internetowych. Helion, 2002. str. 19) należy dobrze poznać dziedzinę wiedzy, której dotyczy tekst źródłowy. W tym wypadku polecam "Wstęp do psychopatologii" :

Krótko mówiąc: zanim weźmiecie się za tłumaczenie strony, albo nie daj Boże całego serwisu internetowego, przygotujcie sobie dobry słownik, taki od 150zł. w górę, najlepiej na płycie. Właściwie, obecnie na runku warte uwagi są tylko dwa, ale nie wymienię ich złośliwie nawet z nazwy, bo oba są wyjątkowo drogie ;). Do tego potrzebny będzie najnowszy Word, albo inny edytor tekstu, który jakoś tam radzi sobie z edycją tekstu w różnych językach (koniecznie z włączoną opcją auto-korekty) - nowy Word potrafi nawet "zdiagnozować" błędy gramatyczne. Wreszcie, należy usiąść w fotelu i przeczytać treść strony od deski do deski. Zastanowić się czy zmniejszona objętość tekstu (przetłumaczony tekst może być krótszy nawet o 1/3) nie wpłynie negatywnie na estetykę wykonania strony. Zastanówmy się nad szerokością podpisów pod obrazkami, jeśli będą za długie, mogą "rozwalić" cały układ strony. Wreszcie pamiętajmy, żeby tłumaczyć WSZYSTKO. Jak umiemy. Bo nawet jeśli jakiś fajfoklok zada sobie trud zapoznania się z efektami Waszej pracy, musi mieć w tym jakiś cel, a Wy powinniście uszanować jego tekst i starać się mu to ułatwić. Niedopuszczalna jest sytuacja, kiedy treść napisana jest po polsku, a menu po angielsku, czy odwrotnie. Wreszcie, nie zamieszczajcie szpanerskiej ikonki "Union Jack'a" (taka wesoła chorągiewka informująca kogo pokonali Anglicy), jeśli Wasza strona nie posiada angielskiej wersji. Jest to zwykłe oszustwo, świństwo i generalnie źle świadczy o autorze strony. Lepiej już wstąpić do Młodzieży Wszechpolskiej i walczyć o hegemonię języka polskiego w Europie ;)

Prezentowany artykuł nawet w najmniejszym stopniu nie wyczerpuje problemu. Zdaję sobie sprawę z ogromu zagadnienia i biję się w pierś (no, bez przesady), mając świadomość, że mnóstwo rzeczy pominąłem, a o wielu nie napisałem z braku miejsca. Jeśli ten temat będzie Was interesował, obiecuję, że wytłumaczę wszystko od początku do końca, niczego nie pomijając i zajmę się w większym stopniu technicznymi aspektami całego przedsięwzięcia. Ze względu na różnorodny zakres tematyczny stron internetowych, w osobnych artykułach mogę zaprezentować podstawowe słownictwo i charakterystyczne wyrażenia z danej dziedziny. Napiszcie, co Was interesuje, i z czym macie największy problem!

Ocena 2.73/5 (54.57%) (328 głosów)

Komentarze:



    Dodaj komentarz:


    Temat:
    Twój nick:
    Komentarz:
     

    Prosimy o kulturę wypowiedzi. Komentarze zawierające niecenzuralne zwroty, bądź obrażające inne osoby będą usuwane. Kod HTML w wypowiedziach jest niedozwolony. Wydawca nie odpowiada za treść komentarzy.